Ludzie-komputery
ZBIGNIEW TALARCZYK
Wprost
6 IX 87
nr. 36 (248)

Każdy, kto był na "Fali" Piotra Łazarkiewicza, wie już, co jest śmieszne. Śmieszna jest Grupa Aktywności Studenckiej z Poznania. Ich pojawienie się na ekranie wywołuje na sali chichoty i drwiny. I sprzeciw. Prezentują postawę tak różną od młodzieży jarocińskiej, że przypominają już nie słonie w składzie porcelany, ale dinozaury w salonie gier zręcznościowych. Ich autokreacji pomógł jeszcze sprytny zabieg reżysera, polegający na czamo-białych ujęciach osób, nazwijmy je - oficjalnych, dzięki czemu ich twarze przypominają ilustracje z podręcznika o ospie trwałej. "
Spotkania organizacyjne poznańskich aktywistów . odbywają się w Domu Asystenta przy ulicy Palacza, towarzysko zbierają się w herbaciarni na rogu Szkolnej , i Starego Rynku w Poznaniu i tam też przypadkiem spotkałem tajemniczego człowieka w białej czapeczce na wygolonej głowie. Najpierw siedział obok i milczał, a potem padło SŁOWO. To było spotkanie z demiurgiem, demiurgiem Grupy Aktywności Studenckiej, oczywiście. Nie chciał się, niestety, przedstawić, ale po trzech godzinach niedopuszczania mnie do głosu już wiedziałem, z kim mam do czynienia. To był NOG. Niezidentyfikowany Obiekt Gadający, 47-letni jegomość ze średnim wykształceniem i całym antykwariatem książek w sobie
Wszystko zaczęło się przed pięciu laty - dowiedziałem się. Stan wojenny jeszcze obowiązywał, na murach pojawiały się napisy "Pracuj wolniej", a w wielu innych miejscach pieczątki z postacią małego żółwia. W tych niespokojnych czasach Mistrz ukończył właśnie kurs instruktorów jogi i na przekór temu, co mu "określone kręgi" wielkimi jak wół literami podpowiadały, ubarwiając przy okazji szarość naszych osiedli, zaczął działać. Powstała "Mandragora", która od razu podpadła, jak to mówi jej przywódca, opozycji. I rzeczywiście pokazał mi książeczkę zbyt starannie wydaną jak. na oficjalne oficyny, w której jasno stało, co kto o kim myśli. Ale to był dopiero pierwszy cios z serii. Z prawej ręki. Poprawka spadła z lewej - ZSP też ich nie uznało, choć na filmie grupa przyznała się do opiekuńczych skrzydeł zrzeszenia. Nie chciani i sponiewierani pozostali sami.
- Trudno nam przypisać poglądy znane i uznane - mówi szef i dodaje, że mają poglądy, ale bardzo bulwersujące. Ich działalność powinna przynieść jak najmniej szkód - im i społeczeństwu. Na zrozumienie nie liczą. Głównym celem grupy jest zaatakowanie ludzi, którzy nie biorą odpowiedzialności za własną postawę i działanie, czyli według nich - anarchistów. Człowiek współczesny hołduje zabawie, nie chce się doskonalić, poprzestaje na konsumpcji. Upadły obyczaje, a cynizm, agresja i nienawiść stały się dominującymi reakcjami na rzeczywistość i drugiego człowieka. Ani szkoła, ani religia nie potrafią powstrzymać anarchizacji młodzieży. Papierosy, alkohol, narkotyki, zatrucie środowiska niszczą człowieka, który sam siebie unicestwia. Ale - według Wodza - Natura nigdy nie przegra. Potrafi się bronić. Pierwszy kontratak już nastąpił. To AIDS. Grupa uważa, że jest to kara, która spadła na rodzaj ludzki za upadek moralności. Należy wypracować model prawidłowego stosunku do seksu i płci. Uważają, że najważniejsze jest to, aby człowiek zorientował swoje potrzeby na tylko jednego przedstawiciela płci przeciwnej
- Jeden mężczyzna jest dla jednej kobiety. Wychodzenie poza ten związek stanowi wykroczenie, bo jest niezgodne z prawami natury. AIDS jest pewną konsekwencją nieprawidłowych zachowań ludzkich - twierdzi boss i z uśmiechem przyjmuje uwagę o podobieństwie, niemal zbieżności ich poglądów z głoszonymi przez Kościół.
- Nie zajmujemy się poglądami religijnymi, dlatego że one dzielą ludzi, a nas interesuje wszystko to, co łączy. Jesteśmy ponad światopoglądami.
Swoje główne zadanie grupa widzi w : integracji, łączeniu ludzi wokół programu odnowy duchowej i fizycznej. Można ją osiągnąć tytko poprzez aktywność, zarówno some jak i psyche. Prostszą sprawą wydaje się walka o kształt zewnętrzny współczesnego rodaka - otyłego, nieruchawego, nie korzystającego z żadnej formy rekreacji, nie mówiąc już o sporcie. Niehigieniczny tryb życia przenosi się na sferę psyche. Tu wszechogarniające-lenistwo ogranicza nasze potrzeby jedynie do osiągania przyjemności.
-
Można się bawić ale dopiero wtedy, kiedy się coś pożytecznego zrobiło - kontynuuje Fundalino (tak się każe nazywać - znaczy to tyle, co znawca jogi, systemów wschodnich).
Nie niszczyć siebie, nie niszczyć innych, nie dać się zniszczyć - te trzy warunki wyznaczają zachowania członków grupy.
- Broniąc siebie bronimy innych ludzi w ich interesie, wbrew ich doraźnemu interesowi - stwierdza NOG. - Nasze "poglądy są jedyne i ostateczne." Wcześniej zobaczyliśmy to, co będzie.
I dodaje:
- Jestem wyjątkowo zdolny i wyjątkowo silny. Egoizm pozytywny jest koniecznością. Bez poczucia własnej wartości nie można żyć. Tylko wtedy można wytrzymać sytuacje trudne.
A sytuacji tych grupa miała sporo, Największy zawód przeżyła w Jarocinie, gdzie kilka tysięcy młodych ludzi jakoś nie chciało uznać pozytywnych idei za swoje. W ogóle grupa jak dotąd liczy 20 (słownie dwadzieścia) osób, co źle świadczy albo o młodzieży, albo o grupie
Powtórnie spotkałem grupę, tym razem już we wzmocnionym składzie, na obozie kondycyjnym nad pięknym jeziorem w Gorzowskiem. Trenowali kondycję psychofizyczną, choć z wyłączeniem pływania, bo od taplania się w a wodzie ponoć wiotczeją mięśnie. Kilka dni spędzonych razem pozwoliło nie tylko praktycznie zweryfikować teoretyczne założenia, ale wreszcie poznać, że Mistrz, Mag, NOG, Fundalino to po prostu sympatyczny pan Roman.

Rozstrzał wiekowy uczestników zgrupowania był dość spory. Od kilkuletnich dzieci do osób pod czterdziestkę. Swoje miejsce znaleźli tu i pracownicy naukowi, i przedstawiciele firm -polonijnych, studenci, licealiści, uczniowie. Status majątkowy także zróżnicowany. Ale tu, na obozie, wszyscy stali się równi. Grupa ma strukturę hierarchiczną: charyzmatyczny Mistrz, za nim dwóch, trzech bardziej wtajemniczonych i dalej stopniowo do początkujących kadetów. Wszyscy w tym wojskowym zaszeregowaniu czują się dobrze i z autentyczną satysfakcją wykonują nawet najbardziej męczące i pracochłonne zalecenia. Mistrz zapomniał szczoteczki do zębów, więc już ktoś biegnie, przerywając posiłek, dobry kilometr w jedną stronę i przynosi ją zapominalskiemu. Przy ognisku panu Romanowi wieje w plecy, ale wystarczy jedno słowo, a już ciepłym swe- , trem opatula mistrzowe korzonki wierna wyznawczyni. Trójka wicemistrzów również się nie certoli. Jeden z podszefów jest tu z przyszłą żoną. Ich uczucia zmierzyć możną ilością kilometrów przebytych przez przyszłą oblubienicę, aby dogodzić wybranemu. Ciągle coś przynosi albo odnosi wybrednemu narzeczonemu, bez żadnej emocji, zniechęcenia. Całkowity brak czułości, za to maksimum wymagań - tak wobec innych jak i wobec siebie. Niektórzy poruszają się tylko biegiem. Większość bez przerwy wykonuje ćwiczenia cielesne - przewroty, pompki, elementy karate. Gimnastyka, obowiązkowa dla wszystkich, odbywa się codziennie o 6 rano przez mniej więcej godzinę. Ćwiczy się taniec życia, który polega w największym skrócie na "kręceniu wszędzie tam, gdzie się zgina". Po gimnastyce wymarsz na śniadanie. W menu obowiązkowo stary, czerstwy chleb, masło, smalec i dużo zieleniny. Brak natomiast w zestawie ostrych przypraw, kawy, herbaty (piją tylko ziołową) oraz, broń Boże, alkoholu. Po zaspokojeniu głodu czas na strawę duchową, czyli nauczanie. Rekolekcje odbywają się w lesie na zamaskowanej polanie. Mistrz Roman idzie pierwszy, za nim cała gromada śpiewając raźno "Sokoły".
Po południu znów ćwiczenia fizyczne-najbardziej popularne ringo i ken-do. A wieczorem ognisko. A przy ognisku piosenki, najczęściej autorstwa Mistrza.
"Nie, nie, bezwzględnie nie,
nie - cierpieniu i smutkowi
Nie, nie, bezwzględnie nie
które w walce możesz zdobyć".
Te pieśni o sile, potędze, walce ze słabością wyzwalały u niektórych apogeum energii, sprawiały, że rozbierali się i ćwiczyli uderzenia karate.
"Idź, idź z wiarą przez życie
mądrości buduj trwałe oblicze
walcz, walcz śmiało o siebie
bo tylko walcząc poznasz sam siebie".
Ta niemal nietzscheańska afirmacja życia wymaga jednak ukierunkowania. I tu wielka rola Mistrza, który pomaga korzystać z życia z rozsądkiem i umiarem. Na udowodnienie tej tezy pan Roman napisał o sobie piosenkę:
"Gdy ocean chcesz przepłynąć,
nie mając doświadczeń
przewodnika musisz zabrać,
co pływał tym szlakiem.
Autorytet w naszym życiu
gra konieczną rolę
w trudnej chwili cię podtrzyma,
byś umacniał wolę".
Kult silnego przywódcy, siły, tężyzny fizycznej, zdrowej psychiki, całkowite podporządkowanie się ideologii itp. sprawiły, że grupa posądzona została o poglądy zbliżone do faszystowskich. I pewnie tak jest, skoro Mistrz wszędzie dostrzegał Żydów albo masonów.
Byłem świadkiem, jak dziecko użądliła osa. Pobiegło ono do matki z płaczem, ta wycisnęła co trzeba, a potem skrzyczała synka, że się mazgai. Na żadne przytulaniu i inne czułości miejsca nie było. Szef nie bez dumy pokazuje swoją trzódkę i napawa się sukcesem. Grupa zrobi to, co on zechce. On ich zaprogramował, a oni realizują wytyczne: ludzie-komputery. Świat przecież dzieli się na pionki i figury. Ale nad nimi są jeszcze gracze, Roman uważa się za gracza.
Mimo że grupa prezentuje program, w porównaniu z innymi ruchami młodzieżowymi, społecznie pozytywny, to nie można oprzeć się wrażeniu, że z jakby trochę chybionym adresatem. Trudno bowiem krytykować młodzież za to, że przyjeżdża do Jarocina słuchać muzyki, a nie pomagać ustawiać snopki okolicznym chłopom. Trudno także akurat w naszym kraju dostrzec zalew fali hedonizmu czy epikureizmu. Jeżeli już coś nas zalewa, to krew, kiedy nie starcza do pierwszego. Ale podobno Mistrz and Spółka widzą lepiej, co się wydarzy w przyszłości. Więc trzeba mieć nadzieję, że i nam będzie dane zostać wrednymi, aspołecznymi hedonistami.

ZBIGNIEW TALARCZYK