ŚLEDZTWO "RZ" I TVN Ujawniamy kulisy działania tajnej sekty

Podziemny krąg


Członkowie sekty są psychicznie i ekonomicznie uzależnieni od "nauczycieli". Nawet gdyby chcieli, nie mogą się od nich uwolnić, bo nie mają środków na utrzymanie. Życie wielu z nich zmieniło się w zaklęty krąg


W latach 90. z bezpośredniego kierowania działalnością sekty wycofał się Romuald Danilewicz (z lewej). Przywódczynią została Małgorzata Pawlisz

Sekta zaczęła od spotkań w leśnym domku w Górach Świętokrzyskich (zdjęcie górne). Dziś dysponuje wartym setki tysięcy złotych dworem pod Warszawą

Ofiary sekty nie zgodziły się ujawnić nazwisk. - Chcemy wrócić do normalnego życia - mówią.

Często żyją w nędzy. - Zdarza się, że dzieci członków grupy muszą żebrać albo zwyczajnie kraść w supermarketach - mówi jeden z rozmówców "Rz". - "Nauczyciele" zmuszają nas do zaciągania zobowiązań, których potem nie jesteśmy w stanie spłacić. Chodzi nie tylko o drobne rzeczy, jak na przykład telefony komórkowe, które my bierzemy na siebie, a oni dzwonią, dopóki się da. Jedno z małżeństw sprzedało mieszkanie, a pieniądze przeznaczyło na działalność grupy.

Sytuacja zwykłych członków sekty jaskrawo kontrastuje z majątkiem "nauczycieli". Z ustaleń "Rz" wynika, że korzystając m.in. z pracy i zarobków "uczniów", przywódcy sekty zgromadzili przez lata pokaźny majątek. Należy do nich zabytkowy dwór w Rudzienku niedaleko Warszawy. Z wyceny, do której udało nam się dotrzeć, wynika, że jest on wart ponad 940 tysięcy złotych. Prócz tego sekta dysponuje jeszcze kilkoma nieruchomościami o wartości kilkuset tysięcy złotych. Jeden z domów, należący do ważnego członka sekty o pseudonimie Harry, to luksusowa rezydencja niedaleko Izabelina. Na podwórzu stoją dwa luksusowe mercedesy. Ustaliliśmy także, że sekta dysponuje willą w Luksemburgu.

Sekta prowadzi rozległe interesy. Idąc ich tropem, trafiliśmy na łańcuch powiązanych ze sobą firm, fundacji i stowarzyszeń. We władzach niektórych z nich zasiadają wpływowi politycy. Firmy co kilka miesięcy zmieniają adresy, telefony. Zajmują biuro do czasu, gdy właściciel im wymówi z powodu niepłacenia czynszu. - Nie mają biur, nie płacą podatków ani ZUS - wyjawia Rafał, księgowy w jednej z firm sekty. - Wszystko jest fikcją. Dowiedziałem się niedawno, że jestem księgowym Polskiej Rady Azji i Pacyfiku. Dostałem do podpisania bilans, który został wzięty z sufitu.

Brak siedziby nie przeszkadza firmom związanym z sektą w robieniu całkiem poważnych interesów. Teleos, jedna z takich spółek, była konsultantem rafinerii w sprawie budowy przetwórni opon na mączkę gumową. Miała też umowę z kancelarią, której współudziałowcem był Andrzej Kalwas, obecny minister sprawiedliwości. Firmymiały wzajemnie polecać swoje usługi klientom. W rozmowie z "Rz" Kalwas potwierdził, że zna Małgorzatę Pawlisz, ale umowy nie pamiętał.

Istotnym źródłem dochodów sekty były kolejne państwowe instytucje i firmy, w których kierownicze stanowiska pełniła Małgorzata Pawlisz. Zatrudniała w nich członków sekty. - Kiedy kilka lat temu została szefową pracowniczego towarzystwa emerytalnego, od razu zatrudniła członków sekty. Nawet rzecznikiem prasowym był jeden z "uczniów" - mówi jeden z rozmówców "Rz". - Potem oddawali jej zarobione pieniądze.

Ludzie-komputery

Prawdziwym założycielem i guru sekty jest Romuald Danilewicz, w latach 80. znany działacz młodzieżowy związany z ruchem New Age. Kilka lat temu wycofał się z życia i mieszka w odosobnieniu. Według naszych informacji Danilewicz wyjechał z Polski i osiadł na stałe w Holandii.

- W 1984 - 1985 roku zajmował się jogą, a jego pierwsi uczniowie rekrutowali się spośród adeptów kursów karate - mówi Zdzisław Kot, poznański przedsiębiorca, który w tamtych latach zetknął się z Danilewiczem.

Najwierniejsi współpracownicy Danilewicza nazywani "nauczycielami" werbowali nowych członków wśród narkomanów, ale także na uczelniach. Właśnie w latach 80. zostało zwerbowanych wielu studentów, którzy dziś cieszą się wysoką pozycją zawodową. Są to często prawnicy, przedsiębiorcy.

W połowie lat 80. zwolennicy Danilewicza przedstawiali się jako Studencka Grupa Aktywności, twierdzili nawet, że są związani ze Zrzeszeniem Studentów Polskich. Przyjeżdżali m.in. na koncerty w Jarocinie. Wystąpili w kultowym filmie Piotra Łazarkiewicza "Fala", który opowiadał o fenomenie festiwalu. W filmie w imieniu grupy wypowiada się Małgorzata Pawlisz, która już wówczas zajmowała wysoką pozycję w hierarchii sekty.

W opublikowanym w 1987 artykule pt. "Ludzie-komputery" reporter tygodnika "Wprost" napisał: - "Grupa ma strukturę hierarchiczną: charyzmatyczny mistrz, za nim dwóch, trzech bardziej wtajemniczonych i dalej stopniowo do początkujących kadetów. Wszyscy w tym wojskowym zaszeregowaniu czują się dobrze i z autentyczną satysfakcją wykonują nawet najbardziej męczące i pracochłonne zalecenia. Szef nie bez dumy pokazuje swoją trzódkę i napawa się sukcesem. Grupa zrobi to, co on zechce. On ich zaprogramował, a oni realizują wytyczne: ludzie-komputery".

Zdaniem Zdzisława Kota, członkowie sekty całkowicie podporządkowywali się Danilewiczowi. - To trudne do wytłumaczenia. Danilewicz między innymi dzięki książkom opanował różne techniki manipulacji ludźmi, stosował nawet hipnozę - mówi Kot.

Podstawą ideologii sekty stały się prace żyjącego w ubiegłym wieku w Szwajcarii Josepha Antona Schneiderfrankena, który publikował pod pseudonimem Bo Yin Ra. Jedna z zasad sekty głosi, że drogą do osiągnięcia szczęścia na Ziemi są pieniądze. Danilewicz kazał się nazywać "Kundalinim", ogłosił supermesjaszem i oświadczył, że będzie dążył do przejęcia władzy nad światem. - Najważniejsze jest posłuszeństwo "nauczycielowi" - mówi Rafał, jeden z członków sekty, który ujawnił informacje na jej temat.

Sekta jak firma

Przełom lat 80. i 90. to szybki rozwój sekty. Prowadziła ona nie tylko intensywną rekrutację, ale starała się także o umocnienie pozycji finansowej. Jeszcze w czasach PRL żyła z pieniędzy, które przysyłali członkowie pracujący za granicą. - Po upadku komuny to przestało wystarczać. Wtedy sekta zaczęła przypominać przedsiębiorstwo. Członkowie dostali zadanie zakładania firm i hurtowni. Ta działalność miała być zapleczem finansowym grupy. Grupa działała w dwóch pionach: teoretycznym, który podlegał bezpośrednio przywódcy, czyli Danilewiczowi, i ekonomicznym, którym zarządzał jeden z jego najbliższych współpracowników - mówi jeden z rozmówców "Rz".

Trudno powiedzieć, ilu członków liczyła wówczas sekta, ponieważ były różne poziomy wtajemniczenia. Przywódcy zakładali stowarzyszenia promujące zdrowy styl życia, działali w organizacjach ekologicznych. W orbicie tych organizacji znalazło się co najmniej 3 tysiące osób. Nie wiadomo, ile z nich stało się również świadomymi członkami sekty, ponieważ rzeczywista ich liczba należy do pilnie strzeżonych tajemnic. Nasi rozmówcy mówią, że aktywnych uczniów Danilewicza była co najmniej setka. - Ale w grupie obowiązywała zasada, że każdy wie tylko tyle, ile zechcą mu powiedzieć "nauczyciele". Dlatego trudno powiedzieć, czy te dane obejmują wszystkich członków grupy - mówi Rafał, który do sekty trafił w 1989 roku.

Ludzie z lasu

Rafał zdecydował się rozstać z sektą, kiedy w narzuconym przez guru związku urodziła mu się córka. - Będę o nią walczył, chcę, żeby sąd przyznał mi pełne prawa rodzicielskie.

- W latach 80. Danilewicz był bardzo aktywny, było o nim głośno. Słyszałem o nim, bardzo mnie ciekawił - opowiada. - Zacząłem o niego pytać, wreszcie trafiłem na człowieka, który go znał i zabrał mnie na spotkanie.

Pojechał do siedziby sekty, która wtedy mieściła się w podkieleckim Tumlinie. Grupa zajmowała tam dom w lesie. Chociaż Tumlin od ok. 10 lat nie jest już siedzibą sekty, mieszkańcy podkieleckiej wioski do dziś pamiętają dziwacznych lokatorów leśnego domostwa.
- Mówiło się, że to byli jacyś artyści - wspomina mieszkanka Tumlina. - Ludzie się bali chodzić w tamte okolice. - Byłam tam na spacerze z dziećmi i nagle wyskoczyła grupa ludzi przebranych w jakieś długie szaty z dzidami. Dzieci bardzo się przestraszyły i więcej tam nie chodziliśmy.

Dziś dawna siedziba sekty to rozlatująca się chata. Opuszczone obejście powoli zarasta las.

W połowie lat 90. siedzibą sekty stał się dwór w Rudzienku pod Warszawą. Tutaj odbywały się kolejne spotkania członków grupy. - To były takie wielogodzinne spotkania, na których po kolei wszyscy zabierali głos. Była mowa o zbawieniu, o ideologii grupy - mówi Marek, zbuntowany członek sekty, który, jak twierdzi, odszedł z grupy.

Od kilku lat takie zjazdy są organizowane w willi w podwarszawskiej Kobyłce.

Grupa schodzi do podziemia

W latach 90, po upowszechnieniu wiedzy o groźnych sektach, grupa zeszła do głębokiej konspiracji i dosłownie zapadła się pod ziemię. Potwierdza to dr Kamil Kaczmarek, socjolog z poznańskiego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, który przygotowuje książkę o działalności Danilewicza.

Mimo zejścia do podziemia, grupa utrzymała zwarty charakter. Z bezpośredniego kierowania jej działalnością wycofał się Danilewicz. Przywódczynią sekty została Małgorzata Pawlisz, pomaga jej troje "nauczycieli". - W ważniejszych sprawach kontaktuje się z Danilewiczem, który wciąż jest guru, ale na co dzień sama kieruje działalnością grupy - podkreśla Rafał.

Pranie mózgów

Członkowie sekty, do których udało nam się dotrzeć, opowiadają o skrajnym podporządkowaniu "nauczycielom", wręcz o niewolnictwie w sekcie. "Uczniowie" są praktycznie bezwolnymi narzędziami w rękach "nauczycieli". - Nie mogę nic zrobić bez pozwolenia. Jeśli mam jakąś sprawę, to muszę "zgłosić interes". Tak to nazywamy w języku sekty - opowiada Rafał. - Jeśli podejmuję pracę, musi na to wydać zgodę "nauczyciel". Zarobione pieniądze oddaję grupie.

Członek grupy, którego ogarniają wątpliwości i próbuje uciekać, jest poddawany praniu mózgu. Dokumenty, do których dotarła "Rz", opisują takie praktyki, eufemistycznie nazywane w sekcie "próbami". Elementem prania mózgu było także pisanie upokarzających dla członków sekty elaboratów, w których wyrzekali się intelektu i deklarowali ślepe posłuszeństwo "nauczycielowi".

"Po czterodniowej nieobecności, mojej nieobecności, odbyła się rozmowa między szefową a mną" - pisze jeden z członków grupy. - "Walka z intelektem jest trudna i długotrwała, tym cięższa, im dłużej w ciągu życia intelekt nie był ograniczany. Walkę tę wygrywa uczeń z pomocą nauczyciela. Niezbędna do zwycięstwa jest jednocześnie praca "nauczyciela" i zaangażowanie ucznia. Ucieczka jest efektem tego, że intelekt nie wytrzymuje nacisku rzeczywistości. (...) Kiedy się nie przeciwstawia woli i wiary intelektowi, to on przejmuje władzę i kieruje człowieka ku zagładzie. Ani sam nauczyciel bez współpracy ucznia, ani sam uczeń nie polegając na nauczycielu, nie są w stanie pokonać intelektu ucznia. (...) Nie należy ulegać intelektowi. Tworzyć ścisłą koalicję z nauczycielem przeciw intelektowi".

Związki pod kontrolą

Przywódca sekty decyduje o związkach zawieranych przez jej członków. - W ramach grupy są wyznaczane pary. Decyduje o tym "Kundalini", a jego decyzje przekazuje członkom grupy Małgorzata Pawlisz - mówi Rafał. - Takie "rodziny" są bardzo ważne, bo sekta wiążeduże nadzieje z dziećmi, które rodzą się z tych związków.

Dzieci są wychowywane według ścisłych zaleceń "nauczycieli". Obowiązuje surowa dyscyplina. Kilkuletnie maluchy są poddawane praniu mózgu, zmuszane do ciągłego przepisywania haseł m.in. o nieomylności "nauczycieli". Nieposłuszeństwo jest traktowane jako przejaw braku wiary i w brutalny sposób karane. Przywódcy sekty wymyślili dla tego eufemistyczne określenie "ograniczanie". W jednym z e-maili wysłanych przez Marka, zbuntowanego członka sekty, znajduje się opis takiego rytuału. Z listu wynika, że polegał on na brutalnym pobiciu 3-4-letniej dziewczynki przez Małgorzatę Pawlisz. "Największą przyjemność przynosiło "Mistrzom" "ograniczanie" dzieci, im mniejszych, tym lepiej" - pisał zbuntowany członek sekty.

Nasi rozmówcy mówią, że wyrwanie się spod wpływu sekty jest praktycznie niemożliwe. Nawet osoby, które w przeszłości odeszły z sekty, potajemnie utrzymują kontakty z "nauczycielami". Tak było w przypadku jednego z informatorów "Rz". Po rozmowie, w której zapewniał o odejściu z sekty, ostrzegł jej przywódców, że interesują się nimi dziennikarze. Dzięki temu Małgorzata Pawlisz odwołała umówione spotkanie, a jej współpracownicy zaczęli palić dokumenty. - Sekta nie pozwala zerwać - mówi jeden z rozmówców "Rz".

BERTOLD KITTEL, JAROSŁAW JABRZYK